Ciasta i Wypieki

Babcia, kichliki/kichłyki i „Kot kameleon”

   Jednym z moich wspomnień z dzieciństwa są wakacje na wsi. U dziadka, który chodził przy nodze z Puszkiem (bez smyczy) i babcią, która ciągle nosiła fartuszek i chustkę na głowie. Babcią, która codziennie gotowała ziemniaki dla świnek, karmiła kurki wołając „cip, cip…”, kazała spać w dzień, grubą pajdę chleba smarowała grubą warstwą masła i czasem piekła kichliki (kiłychki).
  A kiedy piekła po całym mieszkaniu roznosił się aromat cynamonu. I pomimo iż te bułeczki jakoś nigdy specjalnie mi nie smakowały, to je jadłam. Dla zapachu? Sentymentu? Miłości do Babci i by nie urazić Jej uczuć? A może to wszystko. I jeszcze tak po prostu. Bo miałam ochotę.


ze względu na prywatność nie wrzucam osobistych zdjęć | źródło

  Wakacje spędzone z młodszą siostrą na słuchaniu opowieści Dziadka, czasem historii Babci, karmieniu kurek i kaczek, pomaganiu w obrządkach, bieganiu, skakaniu, zrywaniu maków z pola, jedzeniu jabłek prosto z drzewa i jagód z rowu. I pamiętam jak Babcia kroiła pomidora na ćwiartki aby zagryzać nim pajdę chleba z masłem. Pamiętam jak mimo iż mówiła, że nie lubi dzieci, czasem nakrzyczała i zganiła, to kochała. Kochała całym sercem.

Pamiętam te wakacje.
Pamiętam Babcię.
Pamiętam, że Babcia była…

  Bohaterka książki, którą ostatnio przeczytałam – Natalia musi spędzić dwa wakacyjne dni u swojej Babci Anieli na wsi. To dobra okazja aby pobyć z babcią, którą widuje bardzo rzadko, jednak dziewczynka nie jest z tego powodu zadowolona. Wręcz przeciwnie. U babci nie ma telewizora, fajnych zabawek i dzieci z którymi mogłaby się bawić. Jest nudno a jedynym towarzyszem nie licząc babci jest czarny kot, który nie polubił Natalii i na jej widok ucieka. Na domiar złego okazuje się, że torba z zabawkami, które dziewczynka zabrała ze sobą odjechała z rodzicami.
 Co robić?

  Oj można robić wiele. Bo babcia Aniela nie jest nudna (robi przepyszne kakao, piecze drożdżowe bułeczki) a jej dom zwyczajny jakim się wydaje. Jej dom jest niezwykły – można powiedzieć, że magiczny. Tutaj na każdym roku czekają niespodzianki i tajemnice do odkrycia.
  Na przykład taka kuchnia – pełna butelek, słoików i słoiczków z nieznaną zawartością… Kominek, książki… i strych pełen starych zdjęć, kapeluszy i innych pamiątek z przeszłości. A wśród nich małe szkiełko z witrażowej lampy, które kiedy przez nie spojrzysz przenosi do zupełnie innego świata. Wyobraźnia płatająca figle? A może magia?

  „Kot kameleon” to nie tylko opowieść o Babci można by rzecz idealnej – wymarzonej a także relacjach z nią związanych. To również piękna i refleksyjna książka o potrzebie bliskości, której nie zastąpi telefon, telewizor i inne nowinki technologiczne. O miłości, przyjaźni, więzi…. i w końcu o sile wyobraźni i codziennej magii, która każdego dnia kryje się za rogiem. Wystarczy tylko ją odkryć. Dla starszych i dorosłych to również sentymentalna podróż w przeszłość…

  Książka jest pełna spokoju. Nie ma tu ani nagłych zwrotów akcji ani wydarzeń wywołujących dreszcze na plecach. Jest za to ciepło i nastrój, który sprawił, że byłam zauroczona i oczarowana. Nie byłam w stanie oderwać się od jej treść. Czytałam z uśmiecham na twarzy a po jakimś czasie również łzami w oczach.
  Nie dlatego, że mają tutaj miejsce jakieś przykre sytuacje. Po prostu wróciły wspomnienia. Wspomnienia z dzieciństwa i Babcia, której obraz pozostał tylko w sercu. Obraz, który zawsze mam przy sobie i przed sobą kiedy zamknę oczy. Obraz o którym chce pamiętać.

  I choć moja Babcia z pewnością dla wielu nie będzie Babcią idealną – specjalnie dla swoich wnucząt nie piekła bułeczek, ciasteczek i szarlotki. Nie opowiadała bajek, nie głaskała po główce, nie tuliła a czasem nakrzyczała – to dla mnie była Babcią IDEALNĄ. Najukochańszą. Niepowtarzalną. Jedyną w swoim rodzaju.

Była.
Jest.
Będzie.
Zawsze i na zawsze.

  I na końcu powinien być przepis na kichliki ale jego nie będzie.  Nikt nigdy nie upiecze takich kichlików jak Babcia, poza tym Babcia przepisu nigdzie nie zapisała, nie przekazała, nie tłumaczyła jak upiec. Recepturę przywiozła, kiedy pracowała za granicą a piekła z pamięci i… z serca. Bez odmierzania i wyliczania składników a tak jak jej serce podpowiedziało. Ciasto drożdżowe starannie wyrobione i powoli wyrośnięte (tutaj na pewno każdy ma sprawdzone). Potem je wałkowała, smarowała olejem i posypywała cynamonem wymieszanym z cukrem. Cynamon… ten zawsze pachniał, kiedy otworzyło się lodówkę…. w Babcinej lodówce zawsze pachniało cynamonem.


składanie zbliżone do tego, tylko nie na pół a w harmonijkę – zdjęcie z Ulubioneprzepisy

  Potem ciasto babcia kroiła na paski. Każdy pasek zawijała w harmonijkę, układała na balszy i piekła w kuchence kaflowej (z piecykiem). I w całym mieszkaniu pachniało cynamonem.
Po wyjęciu z pieca najczęściej były jedzone jeszcze ciepłe, lecz nie gorące – na zimno nie smakowały tak dobrze.


po upieczeniu wyglądem zbliżone do tego  z tą różnicą, że miały więcej złożeń i nie były ze sobą zlepione. zdj. dorodnepomidory.pl

  I mimo iż nigdy za kichlikami nie przepadałam to je jadłam. W sumie do końca nie wiem dlaczego. Może ze względu na zapach a może z miłości do Babci i by nie było Jej przykro – chociaż Babcia nigdy nie zachęcała i nie zmuszała do ich jedzenia. A może i to i to, tak po troszeczku. Nie wiem. Ale wiem jedno. Miałam i mam Babcię, której sekretem były właśnie kichliki. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s