Książki

„Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich” J.M. Barrie, wyd. Media Rodzina | Chleb mieszany z ziarnami

  W świecie książkowym co chwilę coś lub ktoś mnie zaskakuje. Ostatnio takie zaskoczenie przeżyłam za zasługą wydawnictwa Media Rodzina, które w ramach cyklu Klasyka w nowych szatach opublikowało powieść o której istnieniu nie miałam pojęcia… „Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich” autorstwa J.M. Barrie… tego Pana od Piotrusia Pana.

 Barrie stworzył Piotrusia Pana na potrzeby historii, które opowiadał synom  swojej przyjaciółki Sylvii Llewelyn Davies. Imię chłopca jest połączeniem imienia najmłodszego z chłopców, Petera, oraz greckiego boga lasów i pasterzy Pana.
  „Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich” to inna historia niż ta znana z przygód o Piotrusiu Panie. Wszyscy wiemy kim jest Piotruś, część osób zna Jego przygody, które przeżył w Nibylandii. Jednak kto z Was wie co działo się w jego życiu, zanim tam trafił? Jestem pewna, że nie wiele. Można więc rzecz, że książka jest prologiem do znanej powieści – rozdzielonym i rzadko publikowanym razem.

  Jeśli spodziewacie się, że przeczytacie o kolejnych przygodach niesfornego chłopca, to jesteście w błędzie – tutaj Piotruś jest siedmiodniowym niemowlęciem, które głęboko wierzy, że potrafi latać. Pewnego dnia przerażone wizją dorosłości, ubrane jedynie w koszulkę nocną wylatuje przez okno swojego pokoju i udaje się do londyńskich Ogrodów Kensingtońskich – niezwykłych ogrodów pełnych elfów i wróżek. To nie tylko początki Piotrusia Pana, ale również tym co dzieje się w Leśnym Parku po zamknięciu bram. To niezwykły i magiczny świat elfów i magii.

  Wydawać by się mogło, że będzie to słodka opowieść pełna magii, zabawy i niezwykłych przygód. Jednak tak nie jest. Tak na prawdę jej przekaz i treść są o wiele głębsze i wybiegają znacznie dalej niż to co na pierwszy rzut oka się wydaje. Ta historia jest wielką metaforą – metaforą życia. Uważny czytelnik spostrzeże słowa i opisy, które w rzeczywistości są „czymś” znacznie więcej.

  Piotruś ma siedem dni i nie jest już chłopcem. Co więcej już nigdy nie zostanie człowiekiem – jest „Między-i-Pomiędzy”. Tym czego pragnie jest mama, ale nie może do niej wrócić. Zaprzyjaźnia się z elfami, obserwuje je i to od nich uczy się przeróżnych zachowań – nie wie jak bawią się dzieci i nie może z nimi się bawić. Wszechpotężna Królowa Wróżek również nie jest w stanie sprawić aby na zawsze wrócił do swojej mamy „Mogę sprawić, że znów będziesz latać i pofruniesz do swojej mamy, ale moja moc nie sięga dalej i nie otworzę przed tobą drzwi do jej domu”.

  Jednak chłopcu udaje się dostać do mieszkania – mama ma zawsze otwarte okno. Siada na łóżku obok swojej mamy i patrzy. Kobieta śpi, jest smutna. W pewnym momencie kobieta wykonuje ruch jakby chciała kogoś objąć – chłopiec wie dlaczego i kogo. Kobieta nie wiedziała, że jej synek siedzi tuż obok niej. Tego, że na chwilę wyleciał z pokoju a potem szybko do niego wracał (a właściwie do niej), również. Nie słyszała nawet tego jak krzyczy i woła prosząc aby otworzyła wcześniej otwarte okno. „Żelazne kraty zamknęły się przed nim na zawsze”.
  Symbole. Metafory. Pojawia się również między teoria, że wszystkie dzieci przed urodzeniem są ptakami i to i to ptaki „wysyłają je” ludziom jako dzieci. Piotruś tak naprawdę nigdy do końca nie przestał być ptakiem – był między „Tu-i-Tam”. Same tytułowe Ogrody Kensingtońskie również są symbolem… dzieciństwa – beztroskiego i wesołego ale krótkiego tak jak krótko ogrody były otwarte (zamykano je wieczorami).

A dalej? Kim jest Piotruś?

  Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami – oczywiście wcześniej przeczytawszy książkę. Według mnie zdecydowanie warto. Po jej lekturze inaczej spojrzycie na Piotrusia. Niewykluczone, że uronicie łezkę, dwie lub kilka.. ja bardzo się wzruszyłam. To piękna ale zarazem bardzo smutna historia. Historia biorąca przykład z życia ale ujęta w formie baśniowego opowiadania. Bo Barrie stworzył niesamowity świat i niesamowity klimat, w który warto wejść.
Książka ma niepowtarzalny klimat, w który warto wejść odważnie i z dziecięcą ufnością, tak jak to czynią spacerowicze w Leśnym

  I aż żal, że nie jest wydawana razem z przygodami Piotrusia, bo zdecydowanie powinna. Po jej przeczytaniu „przygody Piotrusia Pana” mają większy sens. Ja zaczęłam odczytywać i rozumieć je inaczej jako opowieści o… nie tego już nie zdradzę. A jeśli po przeczytaniu książki będziecie mieli jakieś wątpliwości, przeczytajcie posłowie autorki, ale NIE WCZEŚNIEJ.

Tytuł: Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich | Autor: J.M. Barrie | ilustracje: Marcin Minor | przekład: Aleksandra Wieczorkiewicz |wydawnictwo: Media Rodzina | Okładka: twarda | Ilość stron: 104

ilustracje


Ogrody Kensingtońskie Autor: steeerne Źródło: http://steeerne.deviantart.com/

Na koniec taka prośba. Które tłumaczenie powieści „Piotruś Pan” jest najbliższe oryginałowi. Nibylandia czy Nigdylandia? Dzwoneczek, czy Brzęczynka? Które z polskich przekładów jest najbliższe oryginałowi?

Sama pieczywo jem sporadycznie – na prawde bardzo rzadko, jednak na talerzach moich rodziców pojawia się codziennie. Tato woli chleb pszenny lub pszenno-żytni, z kolei Mama domowy – mieszany z ziarnami. Jakiś czas temu upiekłam taki chleb. Jest to przepis, który kiedyś pojawił się na blogu, ale z racji tego, że bochenek wychodzi smaczny postanowiłam go odświeżyć 🙂

Składniki:
100g mąki graham
100g mąki pszennej pełnoziarnistej
100g mąki żytniej typ 720
200g mąki pszennej typ 650
150g mieszanki ziaren
1-2 łyżeczki soli
10g świeżych drożdży
300-350 ml ciepłej wody

Mąki przesiewamy do miski, dodajemy sól, pokruszone świeże drożdże (jeśli drożdże są nieotwierane nie trzeba robić zaczynu, natomiast jeśli już trochę leżakowały w lodówce lepiej go przygotować) oraz nasiona i mieszamy. Następnie wlewamy wodę i wyrabiamy gładkie, elastyczne i lekko lepiące ciasto w razie potrzeby podsypując mąką lub dolewając wody. Gotowe ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy do podrośnięcia w ciepłe miejsce na ok. 30 minut. Następnie przekładamy do wysmarowanej masłem keksówki, wierzch zwilżamy wodą i posypujemy ziarenkami przyklepując je łyżką do ciasta. Keksówkę wstawiamy do zimnego piekarnika nastawionego na 190°C (bez termoobiegu). Pieczemy ok. 40-50 minut do uzyskania brązowej, chrupiącej skórki, jednak trzeba to sprawdzać bo każdy piekarnik jest inny. Studzimy na kratce.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s